Kiedy myślimy o Ferrari, przed oczami staje nam zwykle wyjący na najwyższych obrotach silnik umieszczony centralnie, agresywna sylwetka i cena, przy której trzeba usiąść. California od lat psuje ten obrazek i robi to całkiem świadomie. To model, który miał być inny niż cała reszta stajni z Maranello i właśnie dlatego dziś, blisko dwie dekady po premierze, wciąż jest tematem gorących dyskusji wśród fanów marki. Dla jednych to najbardziej „ludzkie” Ferrari w historii. Dla innych to herezja z Cavallino Rampante na masce. Jedno jest jednak pewne: patrząc na dzisiejszy rynek wtórny, to właśnie California jest jedną z najbardziej dostępnych dróg do nowoczesnego, na co dzień używalnego Ferrari z dwusprzęgłową skrzynią, a nie klasyka rodem z lat 80. czy 90.
Warto od razu uściślić: absolutnie najtańsze Ferrari, jakie można dziś kupić, to wciąż starsze klasyki pokroju Mondiala, które na rynku wtórnym potrafią schodzić poniżej ćwierć miliona złotych. California gra w innej lidze, bo oferuje coś, czego klasyki nie mają: nowoczesną technikę, komfort i codzienną używalność w cenie, która wciąż jest wyraźnie niższa niż jakiekolwiek fabrycznie nowe Ferrari. No i zaczyna być pełnoprawnym youngtimerem.
Kalifornijski sen z Maranello
Premierę modelu poprzedziły lata plotek. Już od 2005 roku w branżowej prasie krążyły doniesienia o „Baby Ferrari”, mniejszym, bardziej przystępnym modelu, który miał otworzyć markę na nowych klientów. Projekt nosił wewnętrzne oznaczenie F149, a branżowa prasa długo spekulowała, że nowe, mniejsze Ferrari może wskrzesić nazwę Dino. Przed premierą pojawiły się też informacje o nazwie GT California. Ostatecznie zwyciężyła skrócona wersja tej drugiej, California, w hołdzie dla legendarnych modeli 250 GT California Spider z lat 1957–1963 oraz późniejszego, produkowanego zaledwie przez rok modelu 365 California z 1966 roku.
Pełne informacje i pierwsze zdjęcia świat ujrzał w maju 2008 roku, a oficjalny debiut odbył się jesienią tego samego roku podczas paryskiego salonu motoryzacyjnego. Zainteresowanie było ogromne, na części rynków lista zamówień szybko rozciągnęła się na około dwa lata oczekiwania.
Auto pełne pierwszych razy
To, co czyni Californię wyjątkową, to lista technicznych „pierwszy raz w historii Ferrari”, które zmieściły się w jednym modelu.
Po pierwsze, to pierwsze Ferrari ze składanym, metalowym dachem. Elektrycznie chowany hardtop chował się w zaledwie 14 sekund, zamieniając kabriolet w zamknięte coupé. Po drugie, to pierwsze seryjne Ferrari z dwusprzęgłową skrzynią biegów. Siedmiobiegowy automat DCT, umieszczony przy tylnej osi w układzie transaxle dla lepszego rozkładu masy, zadebiutował właśnie w Californii, zanim trafił do reszty gamy marki. Po trzecie, to pierwsze Ferrari z bezpośrednim wtryskiem paliwa, będącym jednym z elementów szerszej strategii ograniczania zużycia paliwa i emisji. Po czwarte wreszcie, to pierwsze przedniosilnikowe Ferrari z jednostką V8. Do tego dochodzi jeszcze jeden rekord: w momencie premiery California była najbardziej aerodynamicznym drogowym Ferrari w historii marki. Nadwozie zaprojektowane przez Pininfarinę osiągnęło współczynnik oporu powietrza Cx 0,32, a nad jego kształtem spędzono ponoć ponad tysiąc godzin w tunelu aerodynamicznym.
Choć California kojarzy się niemal wyłącznie z automatem DCT, przez krótki czas Ferrari oferowało do niej również sześciobiegową skrzynię manualną. Popyt okazał się jednak praktycznie zerowy, zależnie od źródła powstało zaledwie kilka takich egzemplarzy, po czym opcję po cichu wycofano z cennika około 2012 roku. Ciekawostka jest taka, że California pozostaje ostatnim seryjnym Ferrari oferowanym z klasyczną, mechaniczną skrzynią manualną.
Serce z rodziny F136, charakter zupełnie inny
Pod maską pierwszej generacji pracował wolnossący silnik V8 4,3 l, należący do tej samej rodziny konstrukcyjnej F136 co jednostka stosowana w Ferrari F430, o mocy 460 KM przy 7750 obr./min. Sprint do 100 km/h zajmował około 3,9 sekundy, a prędkość maksymalną producent deklarował na poziomie 310 km/h. W 2012 roku pojawiła się zmodernizowana California 30, określenie dobrze oddawało zakres zmian: około 30 kg mniej i 30 KM więcej, co dało 490 KM i sprint w 3,8 sekundy.
Prawdziwa rewolucja przyszła jednak w 2014 roku wraz z Californią T. Ferrari sięgnęło po nowy, 3,9 litrowy silnik V8 z podwójnym doładowaniem o mocy 560 KM, co oznaczało pierwszy turbodoładowany silnik w drogowym Ferrari od czasów kultowego F40 z lat 80. To posunięcie budziło wtedy spore emocje, wielu fanów obawiało się, że turbodoładowanie zabierze charakterystyczny, wysoko obrotowy charakter silników z Maranello. Ferrari mocno pracowało nad tym, by mimo turbosprężarek zachować możliwie natychmiastową reakcję na gaz i charakterystyczne brzmienie, wykorzystując między innymi turbiny typu twin scroll oraz układ wydechowy o równej długości kanałów, co pozwoliło ograniczyć zjawisko turbodziury niemal do zera.
Grand tourer, nie samochód wyścigowy, i to jest clou
California od początku była pomyślana inaczej niż reszta gamy. To nie miał być następca F430 czy rywal dla 458 Italia, tylko komfortowy, codzienny grand tourer, z bardziej wyciszonym zawieszeniem, miejscem na odrobinę bagażu i namiastką tylnej kanapy (choć szczerze mówiąc, usadzenie tam kogoś powyżej wieku przedszkolnego graniczy z cudem). Celem było przyciągnięcie zupełnie nowej grupy klientów, takich, którzy do tej pory jeździli może Astonem Martinem DB9 Volante, Mercedesem SL w mocniejszych wersjach albo BMW M6 kabrio, a o Ferrari tylko marzyli.
To właśnie ta filozofia sprawiła, że California bywała nazywana przez surowszych purystów „fryzjerskim Ferrari”, autem bardziej do pokazania się na mieście niż do szarpania na torze. Z drugiej strony trudno odmówić jej skuteczności w realizacji założonego celu: California okazała się jednym z największych sukcesów sprzedażowych Ferrari swojej epoki.
Produkcję obu generacji zakończono w 2017 roku, gdy pałeczkę przejęło Ferrari Portofino, nowocześniejsze, lżejsze i mocniejsze, ale kontynuujące dokładnie tę samą ideę: składany hardtop i sportowy charakter w codziennym wydaniu.
Dlaczego dziś to jedna z najbardziej dostępnych dróg do Cavallino Rampante
Tu dochodzimy do sedna sprawy. Nowa California nie była tanim Ferrari, cenowo plasowała się w pobliżu F430 i w części rynków pełniła wręcz rolę modelu otwierającego gamę. Zupełnie inaczej wygląda to jednak dziś, na rynku wtórnym. Na polskim rynku pierwsze generacje Californii pojawiają się dziś najczęściej w okolicach 420–470 tysięcy złotych, choć zadbane lub szczególnie dobrze skonfigurowane egzemplarze potrafią kosztować wyraźnie ponad pół miliona. Nowsza California T zaczyna się obecnie od około 420 tysięcy złotych, ale większość ofert mieści się raczej w przedziale 490–600 tysięcy złotych, a najlepsze sztuki potrafią być jeszcze droższe.
Dla porównania: współczesnym modelem otwierającym dziś ofertę Ferrari jest Amalfi, następca Romy zaprezentowany w 2025 roku, którego europejska cena startowa wynosi około 240 tysięcy euro, jeszcze przed personalizacją, co w przeliczeniu daje ponad milion złotych. California pozostaje więc wyraźnie tańszym wejściem w markę niż jakikolwiek nowy model z salonu, nawet jeśli w kategorii „najtańsze Ferrari w ogóle” wyprzedzają ją starsze klasyki spalinowe.
Warto jednak pamiętać o złotej zasadzie świata super i egzotycznych aut: niższa cena zakupu to dopiero początek rachunku. Serwis, części i utrzymanie wciąż noszą metkę Ferrari, niezależnie od tego, ile zapłaciliśmy za sam samochód. Kupno bez pełnej historii serwisowej i bez dokładnej inspekcji przedzakupowej może się bardzo szybko zemścić na portfelu.
Kontrowersyjna, ale przełomowa
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, trudno nie docenić, jak wiele California zmieniła w podejściu Ferrari do budowania samochodów. Dwusprzęgłowa skrzynia i bezpośredni wtrysk szybko trafiły do kolejnych modeli Ferrari, a składany hardtop stał się znakiem rozpoznawczym nowej linii otwartych GT, kontynuowanej później przez Portofino. California była więc czymś więcej niż łagodniejszym GT, to właśnie na niej Ferrari po raz pierwszy połączyło kilka rozwiązań, które później trafiły do kolejnych modeli marki.
Kolekcjonersko wciąż pozostaje w cieniu takich modeli jak 458 Italia, ostatniego wolnossącego, centralnosilnikowego V8 w regularnej gamie Ferrari, i właśnie dlatego jej wyceny są dziś tak przystępne. Czy to sprawia, że to „mniej prawdziwe” Ferrari? Zależy, kogo zapytacie. Dla purystów zawsze pozostanie tym najmniej ferrarowym z Ferrari. Dla reszty pozostaje wciąż jedną z najbardziej sensownych furtek do świata, w którym czerwony lakier i czarny koń na żółtym tle przestają być wyłącznie marzeniem.











