Usiądźcie wygodnie, bo to jedna z tych historii, w których krytyka była głośna, ale klienci najwyraźniej mieli własne zdanie. Ferrari pokazało światu swój pierwszy elektryk. Internet zareagował tak, jakby ktoś przemalował Koloseum na różowo. A teraz ten sam samochód, a raczej jego najbardziej wyjątkowy egzemplarz, idzie pod młotek w Monterey. Bez ceny minimalnej, ale z wartością określaną przez RM Sotheby’s na ponad 1,1 miliona dolarów. Zaczynajmy od początku.
Dzień, w którym Ferrari podobno zwariowało!
Ferrari pokazało Luce 25 maja w Rzymie. Przy projektowaniu samochodu współpracowało z Jonym Ive’em, Markiem Newsonem i ich kolektywem LoveFrom, ludźmi kojarzonymi przede wszystkim ze światem Apple, a nie z supersamochodami.
Efekt? Czterodrzwiowy, pięcioosobowy elektryczny liftback, pierwszy w historii marki model w pełni elektryczny. Cztery silniki, jeden na koło, 1050 KM. Sprint do setki w 2,5 sekundy, czyli szybciej niż w Purosangue z V12. Prędkość maksymalna ponad 310 km/h, zasięg przekraczający 530 kilometrów. Cena startowa 550 tysięcy euro. Na papierze wygląda to jak kolejny hit z Maranello.
Parametry szybko zeszły jednak na dalszy plan. Dyskusję zdominowała stylistyka, a pierwsza fala komentarzy była dla Ferrari wyjątkowo chłodna.
Internet nie miał litości
Luce porównywano do Hondy Accord w wersji elektrycznej skrzyżowanej z Teslą Model 3. W sieci zaroiło się od memów i generowanych przez AI przeróbek. Krytycznie wypowiedział się również Luca di Montezemolo, przez wiele lat stojący na czele Ferrari.
Następnego dnia po premierze akcje Ferrari spadły w Mediolanie o 8,4 procent, notując najgorszą sesję od października. Rynek najwyraźniej również potrzebował czasu, żeby oswoić się z kierunkiem obranym przez markę.
W wielu komentarzach powracał ten sam zarzut: Luce nie wygląda jak Ferrari.
A prezes? Nawet nie mrugnął
Benedetto Vigna nie próbował sugerować zmiany kursu. Dwa miesiące po premierze mówił, że Ferrari jest bardzo zadowolone z napływających zamówień, a Luce nie wpłynęło na dalsze plany marki dotyczące napędu elektrycznego.
Miał zresztą podstawy do spokoju. Według ustaleń „Financial Times” Ferrari miało w niecałe dwa miesiące zebrać zamówienia odpowiadające całemu planowi na 2026 rok, wynoszącemu niecałe 500 samochodów. Firma nie potwierdziła tej liczby, ale Vigna zapewniał, że zainteresowanie jest zgodne z oczekiwaniami i pochodzi z różnych części świata. Część analityków przypominała przy tym, że również Purosangue spotkało się początkowo z krytyką za odejście od tradycyjnego obrazu Ferrari, a później okazało się dużym sukcesem rynkowym.
I teraz wjeżdża Chassis 0
Krytyka najwyraźniej nie odstraszyła klientów. Teraz Ferrari idzie o krok dalej. Na aukcję RM Sotheby’s w Monterey 15 sierpnia trafi egzemplarz oznaczony jako „Chassis 0” – pierwsze produkcyjne podwozie programu Luce, wyposażone w potwierdzającą ten status tabliczkę i skonfigurowane jako jednostkowy projekt w ramach Ferrari Tailor Made.
Lakier Madreperla Semi-Gloss, który zmienia kolor z zieleni w fiolet w zależności od tego, jak pada na niego światło. Jasne wnętrze ze skóry Le Mans w kolorze Perla, przygotowanej z materiału wybranego w Szwajcarii. Detale, które standardowo byłyby czarne, dostały tutaj kolor Grigio Corvara. Dedykowane felgi, zaciski hamulcowe na zamówienie, logo Ferrari na optycznie białym tle. Ferrari zrobiło więc wszystko, by z najbardziej symbolicznego egzemplarza Luce stworzyć coś jeszcze bardziej rozpoznawalnego i trudnego do powtórzenia.
Cały dochód trafi do Ferrari Foundation. Nabywca poczeka na swój samochód aż do pierwszego kwartału 2027 roku, bo auto po aukcji wróci najpierw do Maranello.
Więc jak to możliwe
Internet spędził sporą część wiosny na krytykowaniu i wyśmiewaniu wyglądu Luce. Ferrari tymczasem już buduje wokół jego najważniejszego egzemplarza kolekcjonerską narrację, jeszcze zanim pierwsze samochody trafiły szerzej do klientów i zanim powstał jakikolwiek rynek wtórny tego modelu.
W świecie Ferrari sam samochód jest często tylko częścią jego wartości. Liczą się także historia konkretnego egzemplarza, jego miejsce w rozwoju marki, rzadkość oraz możliwość uczestniczenia w wydarzeniu, które za kilka dekad może zostać uznane za początek nowej epoki. Chassis 0 jest wyjątkowo czytelnym symbolem takiego statusu, niezależnie od tego, czy jego stylistyka zdobędzie kiedyś powszechne uznanie.
Czy za dwadzieścia lat ten konkretny egzemplarz będzie traktowany jak święty Graal wśród kolekcjonerów Ferrari? Może. A może zostanie ciekawostką, o której będziemy pamiętać głównie dlatego, że to był ten moment, kiedy marka postanowiła nie czekać, aż historia sama zdecyduje, co jest ważne, tylko postanowiła to ogłosić z góry.
Jedno jest pewne: 15 sierpnia w Monterey poznamy pierwszą kwotę, jaką rynek przypisze szczególnemu miejscu Luce w historii Ferrari. Nie dowiemy się jeszcze, czy powstał przyszły klasyk. Zobaczymy jedynie, ile ktoś jest gotów zapłacić za szansę, że właśnie nim się stanie.










