Mercedes i McLaren – dwa motoryzacyjne imperia – zasiadają przy jednym stole i stwierdzają: „Zróbmy coś, co zatrze granice między bolidem Formuły 1, luksusową limuzyną i piekielnie szybkim Gran Turismo”. Czy coś takiego mogło powstać? Oczywiście! Efekt? Mercedes-Benz SLR McLaren! Samochód, który wyglądał wspaniale i jeszcze lepiej brzmiał, przyspieszał i radził sobie na drodze. Ale… no właśnie było kilka ale.
Miłość z rozsądku, a może z pożądania?
Związek Mercedesa z McLarenem to nie był przypadkowy flirt. Obie marki znały się dobrze z padoków Formuły 1, a partnerstwo było na tyle owocne, że ktoś w Stuttgarcie wpadł na pomysł: „Zróbmy razem supersamochód”.
Nie był to jednak typowy projekt. SLR (skrót od „Sport, Leicht, Rennsport”) miał być czymś więcej niż tylko kolejnym rywalem dla Ferrari Enzo czy Porsche Carrera GT. Mercedes chciał stworzyć coś wyjątkowego: samochód, który będzie piekielnie szybki, ale jednocześnie na tyle wygodny, by można nim było codziennie jeździć do biura. Taka motoryzacyjna wersja smokingu z karbonu. W teorii Mercedes chciał stworzyć konkurenta dla aut typu Aston DB9 czy Ferrari F430 – eleganckie, szybkie GT, które nie boi się codziennego użytkowania. Ale w praktyce… jego cena rzucała go w wir walki z takimi potworami jak Enzo czy Carrera GT. Problem w tym, że SLR nie był ani jednym, ani drugim – i właśnie dlatego SLR ciężko zaszufladkować.
Przepis na potwora
Pod maską SLR-a znajduje się ręcznie składany, doładowany kompresorem silnik V8 o pojemności 5,4 litra, produkowany w Affalterbach przez AMG. Moc? 620 KM. Do setki? 3,8 sekundy. Prędkość maksymalna? 334 km/h. A wszystko to przekazywane na tylną oś przez pięciobiegowy automat, który, był największym zarzutem i według wielu recenzentów, największą wadą samochodu.
Konstrukcja była niemal w całości wykonana z włókna węglowego. Monocoque? Karbonowy. Strefy zgniotu? Karbonowe. Całość ważyła 1768 kg, co w świecie supersamochodów było sporą wartością, ale Mercedes podkreślał, że komfort i bezpieczeństwo mają swoją wagę – dosłownie.
Dźwięk, który budzi sąsiadów i demony
SLR nie ryczy – on krzyczy. Metaliczny, wibrujący dźwięk kompresora i basowe pomruki V8-ki brzmią jak wściekłość Thor’a zamknięta w rurze wydechowej. A teraz ciekawostka: rury wydechowe umieszczono tuż za przednimi kołami, w bocznych progach. Oznacza to, że gdy wciśniesz gaz, to nie tylko słyszysz tę furię – czujesz ją pod stopami.
Supersamochód do codziennego użytku? To był punkt, którym Mercedes próbował odróżnić się od konkurencji. SLR miał klimatyzację, automatyczną skrzynię biegów, bagażnik i wnętrze wykończone jak w klasie S. Choć pamiętajmy, że to początek XXI wieku, kiedy widzę srebrne elementy wykończenia np. na desce rozdzielczej, kojarzą mi się źle – z tanim plastikiem, ale taki urok tamtych czasów. To nie był samochód tylko na tor – to był samochód dla tych, którzy mogli sobie pozwolić na luksus jazdy po bułki supersamochodem.
Ale była też druga strona medalu. Inżynierowie McLarena chcieli więcej ostrości, Mercedes – więcej komfortu. Ta różnica filozofii doprowadziła do powstania maszyny, która dla niektórych była zbyt kompromisowa. Za ciężka na tor, zbyt dzika na co dzień. Jednak to właśnie te sprzeczności czynią ją tak fascynującą.
Edycje specjalne – 722, Roadster i Stirling Moss Wersja 722 (nawiązująca do numeru startowego Stirlinga Mossa z Mille Miglia 1955) miała jeszcze więcej mocy – 650 KM – i twardsze zawieszenie. Była też wersja Roadster, w której jazda z otwartym dachem pozwalała lepiej wsłuchać się w dźwięk silnika (i zniszczyć fryzurę). Kulminacją było jednak SLR Stirling Moss – limitowana do 75 sztuk, bez dachu, bez szyb, za to z osiągami bolidu i wyglądem przywodzącym na myśl retro-roadstera z przyszłości.
W teorii – wszystko się zgadzało.
W praktyce – sprzedaż nie szła tak dobrze. Zamiast planowanych 500 sztuk rocznie, sprzedawano około 300, a nawet mniej. Produkcja zakończyła się w 2010 roku, po stworzeniu ok. 2157 egzemplarzy. Czy to znaczy, że SLR był porażką? Nie. W największym skrócie był po prostu za drogi. Dziś, gdy rynek youngtimerów eksploduje, ceny SLR-ów szybują, a kolekcjonerzy i entuzjaści Mercedesów doceniają jego unikalność.
Ikona, której czas właśnie nadszedł Mercedes SLR McLaren nie był doskonały. Ale był odważny, radykalny i inny niż wszystko, co wyszło ze Stuttgartu i Woking. Był ucieleśnieniem idei, że supersamochód nie musi być ascetyczny jak torowy potwór, ale może mieć styl, klasę i luksus – bez utraty osiągów.
To rzadki przypadek, gdy dwa światy – niemieckiej precyzji i brytyjskiej pasji do motorsportu – spotkały się w jednym aucie. Efekt? Motoryzacyjne dzieło. Trochę zapomniany przez świat, ale jak już się pojawi na horyzoncie, nie można oderwać oczu.















