Czerwona smuga przemknęła z naprzeciwka tuż przed granicą, wyprzedzając jeszcze dwa auta przed zwężeniem. To Testarossa, szybsza niż kontrolka check engine, która zapaliła się w niezawodnej, japońskiej Toyocie jakieś pięć minut wcześniej. Zniknęła, zanim zdążyłem złapać oddech, ale to wystarczyło, żeby serce zabiło mocniej. Włochy tak mają. Zaczynają czarować, zanim jeszcze przejedzie się przez granicę.
Kiedy w ubiegłym roku zacząłem po trochu planować ten wyjazd, nie sądziłem, że jedno wydarzenie zrobi na mnie aż tak ogromne wrażenie. W końcu wszystko można zobaczyć na zdjęciach i filmikach w internecie. A jednak atmosfera, która towarzyszy temu miejscu w maju, to coś, czego żaden ekran nie podrobi.
Gdy przejeżdżaliśmy przez malownicze Alpy, zdążyłem zakochać się jeszcze w dwóch innych rzeczach tego samego dnia: w miejscowości Como i w Fiacie Pandzie. Trzecim, najbardziej włoskim z zakochań, był wyścigowo-ekspresyjny styl jazdy Włochów, którego chyba nigdzie indziej się nie doświadczy. Punktem kulminacyjnym mogą być ronda, bo wtedy od razu widać, kto przyjezdny, a kto swojak.
Sukces Concorso d’Eleganza Villa d’Este to mieszanka trzech rzeczy: samochodów, miejsca i ludzi oraz stojącej za tym wszystkim historii. Konkurs narodził się 1 września 1929 roku, dwa miesiące przed krachem na Wall Street, z inicjatywy Automobile Club Como i luksusowego hotelu Villa d’Este. To nie był wtedy pokaz klasyków. Klasyków jeszcze nie było. Producenci i słynne włoskie carrozzerie przywozili tu swoje najnowsze kreacje nadwoziowe, tak jak dziś domy mody prezentują kolekcje podczas tygodni mody w Mediolanie czy Paryżu. Wydarzenie, które narodziło się dwa miesiące przed globalnym kryzysem gospodarczym, zdobyło błyskawicznie prestiż wśród europejskiej arystokracji i najbogatszych kolekcjonerów samochodów świata. To ironia historii, która dziś brzmi niemal jak przypowieść.
Po wojnie konkurs wrócił jeszcze na krótko, w latach 1947–1949, po czym na dekady zniknął z kalendarza. Kilka prób jego wskrzeszenia w latach 80. i 90. spełzło na niczym, aż w końcu zaangażowanie BMW pod koniec tamtej dekady dało wydarzeniu trwały powrót. Od 2009 roku to BMW współorganizuje konkurs z hotelem Villa d’Este, a Concorso d’Eleganza odzyskało dawny status jednego z najbardziej prestiżowych wydarzeń motoryzacyjnych na świecie.
Każda edycja to podział na klasy, nagrody i zwycięzców. W końcu to konkurs elegancji, nie prędkości. Jury ocenia oryginalność pojazdu, jego znaczenie historyczne, jakość renowacji i historię konkretnego egzemplarza. Dlatego nietrudno tu o samochody wyprodukowane w kilku egzemplarzach albo wręcz o prototypy, które na co dzień żyją ukryte w prywatnych kolekcjach i niemal nigdy nie pokazują się publicznie.
Jeśli kiedyś widzieliście zdjęcia klasyków sunących wąskimi uliczkami, to właśnie przejazd z Villa d’Este do Villa Erba, jeden z bardziej fotografowanych momentów w świecie motoryzacji. Sobota to część zamknięta, z biletami, które nie należą do tanich. Niedziela otwiera bramy Villa Erba dla każdego, kto zechce tam być.
A jest tam więcej niż tylko samochody w konkursie. Trwały aukcje Barrow Auction. Żeby zobaczyć wystawione egzemplarze, trzeba było stanąć w drugiej kolejce, bo pierwszą zaliczyliśmy już przed bramą. Wystarczyło rozejrzeć się dookoła, żeby zrozumieć: nie tylko my zjechaliśmy dla tego wydarzenia na północ Włoch. Samochody nie stoją za żadną barierką. Nikt nie pilnuje, jeśli chcecie podejść i obejrzeć je z bliska.
Około godziny 14 zaczyna się prezentacja, którą prowadzi Simon Kidston, kolekcjoner i handlarz klasykami z najwyższej półki. Jeśli interesujecie się tym światem, prędzej czy później na niego trafcie. Każdy samochód wjeżdża przed publiczność o własnych siłach, a prowadzący opowiada o nim kilka słów. To nie są ciche eksponaty na trawniku. Nawet gdyby któryś z tych samochodów okazał się brzydki do granic możliwości, sam dźwięk silnika Ferrari sprzed sześćdziesięciu lat i tak byłby muzyką dla uszu. Enzo Ferrari kiedyś powiedział, że klienci w Ferrari płacą tylko za silnik, reszta jest bezpłatnym dodatkiem. Nie chodzi o to, że jest głośno. Chodzi o to, że w tym dźwięku słychać sześćdziesiąt lat historii. Ciężko to opisać. Serce bije mocniej, w powietrzu wisi rasowo włoska nuta, a ciało samo robi się sparaliżowane. Gęsia skórka gwarantowana.
Czy warto przejechać ponad 1400 kilometrów dla sześciu godzin pod Villa Erba? Jeśli nie lubicie długiej jazdy, nie warto, lepiej wybrać samolot do Bergamo. Ale samo bycie na tym konkursie zostaje w głowie na długo. Może i trafi się kiedyś ten sam egzemplarz co rok wcześniej. Ale prędzej czy później znów przejedzie obok was coś, co przez resztę roku śpi w garażu, którego drzwi otwierają się raz na kilka lat, tak jak tamta czerwona smuga sprzed granicy, której nikt z nas już nie zapomni.






















